środa, 2 lipca 2014

Rozdział 30

Maryse zaprowadziła czarodzieja do swojego domu. Isabelle i Alec podążyli za matką chcą dowiedzieć się skąd się znają, lecz nie odpowiadała na żadne pytania i starała się ich zbyć. Logan nie ukrywał swojego rozbawienia sytuacją, a nawet sam dawał dosyć solidne dopowiedzi.
- Możesz skończyć? – powiedziała w końcu Isabelle – Kim jesteście dla siebie?
- Przyjaciółmi! – powiedziała Maryse.
- Kochankami.- powiedział w tym samym momencie Logan.
Alec patrzał raz na matkę, a raz na czarodzieja. Nie ukrywał zdziwienia i szoku, słysząc taką informacje. Isabelle spojrzała na czarodzieja i przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. W wyrazie jego twarzy nie było widać kłamstwa. Był całkowicie poważny. Obróciła się do matki i zmierzyła ją wzrokiem.
- A mówiłaś na ojca! – powiedziała przez zęby , po czym wybiegła z pokoju.
Maryse wstała jak w murowana. Nie potrafiła się w ogóle poruszyć. Podniosła głowę i zobaczyła poważną twarz Logana wpatrzoną w jej. Usłyszeli chrząknięcie. Alec.
- Twoja siostra.. – wskazała na drzwi, przez które wybiegła dziewczyna.
- Twoja córka..- powiedział Alec – No nieźle, mamo. – widząc, że otworzyła usta, aby coś powiedzieć, wyciągnął rękę przed nią na znak, aby się nie odzywała. – Przestań.. nie chce tego słuchać.
Obrócił się i powoli opuścił pomieszczenie. Słyszał matkę krzyczącą jego imię i przeprosiny, lecz nie zawrócił. Musiał odnaleźć Isabelle.
Maryse patrzała na czarodzieja, po czym upadła na kanapę. Wzięła poduszkę i rzuciła w niego. Logan złapał ją, po czym wybuchnął śmiechem. Gdy kobieta spuściła głowę, oparła ręce wiedział, że sytuacja ją przytłoczyła i smutek zgromadził się w jej sercu.
- Straciłam już Max’a, a teraz.. –wskazała na drzwi za nią – znienawidzą mnie i w sumie.. ich tez stracę..
Logan bezszelestnie podszedł do tyłu kanapy i zaczął masować ramiona Maryse. Pragnął ją uspokoić i rozerwać, przed dalszą rozmową.
- Maryse..- poczekał, aż na niego spojrzała – Musimy porozmawiać.
Kobieta usłyszała powagę w jego głosie. Teraz czuła strach… strach przed oznajmieniem jakiejś informacji. Miała dziwne przeczucia, że chodziło o najgorsze. O Jonathana Morgensterna.

***
Gdy weszła do domu usłyszałam cichy szloch matki. Dobiegał z dołu. Piwnica!! Podeszłam najciszej jak umiałam do drzwi i nasłuchiwałam. Słyszałam również szepty pocieszenia. Musiał to być Luke, ale nie rozumiałam dlaczego płakała i to na dodatek w piwnicy? Poszłam do kuchni i zaspokoiłam pragnienie szklanką zimnej wody. Położyłam na blacie miecz Morgensternów, usiadłam naprzeciw niego i przyglądałam się. Przejeżdżałam palce po ostrzu. Wyczuwałam jego ostrość oraz wyobrażałam sobie jak przebijam nim brata. Uśmiechałam się na samą myśl, ale jednak odczuwałam również pewien smutek. Jest moim bratem i nie tak powinno wszystko wyglądać. Straciłam już ojca, który nie zachowywał się jak mój ojciec. Mam brata, który ma momenty że odczuwam, że nim jest, ale jego ciemna strona przeważa. Chciałabym, żeby był inny. Zgadzam się z nim, że Clave jest zepsute, ale to nie powód to niszczenia wszystkiego.
- Skąd to masz, Clary? – zapytała ostro matka.
Otrząsnęłam się z rozmyśleń i popatrzałam na nią. Wyglądała marnie. Rozmazany makijaż oraz poszarpane koszulka. Po chwili Luke pojawił się za nią, objął ją i spojrzał na mnie. Widząc na stole miecz ze znakiem rodu Morgenstern, na jego twarzy pojawił się lekki grymas, lecz zaraz potem zniknął. Spojrzał na mnie i na moment się uśmiechnął tak, aby Jocelyn nie zauważyła.
- Ze sklepu. – wstałam i wzięłam go do ręki – Mamo, jestem Clarissa Morgenstern. Powinnam go mieć. – spojrzałam na nią – Będę go mieć.
- Nie jesteś Morgenstern! To nazwisko.. ród.. to samo zło! – odwróciła się – przynosi samą klęskę!
Spojrzałam na nią, a potem na Luke’a. Martwił się o nią i również nie wiedział czemu Jocelyn się tak zachowuje. Coś musiało się stać, ponieważ nigdy się tak nie zachowywała. A nie byłaby tak zdenerwowana z powodu miecza.
- Co się dzieje? – spytałam, a gdy spojrzeli na mnie – Co się stało, gdy mnie nie było? Mamo? – nic – Luke?
Podszedł do Jocelyn i chwycił ją. Szeptali przez dłuższą chwilę. Słyszałam zaprzeczenia matki i Luke’a gdy mówił, że powinnam wiedzieć. Po chwili mama ustąpiła. Wzięła go za rękę i podeszła do stołu zasiedliśmy w trójkę.
-Twoja matka dostała list. – zaczął Luke.
Domyślałam się od kogo. Tylko jedna osoba działa tak na matkę. Mój brat.
- Co jej napisał?- zapytałam spokojnie.
Mama lekko odetchnęła.
- Jutro są jego urodziny. – oznajmiła, patrząc się w pusta przestrzeń – Przypomniał mi, chodź nie trudno to zapomnieć. Napisał też, że jego prezentem będziesz ty i dostanie ciebie choćby siłą, a ja.. – spojrzała na mnie i wzięła moje ręce – Nie wiem co robić.. Kocham cię i nie chce cię stracić! – łzy spływały po niej. – On jest do wszystkiego zdolny i cholernie się go boję.
Podeszłam do niej i objęłam.
Późnym wieczorem pokazali mi list i poinformowali Clave o nim. Ogłosili naradę o świecie, a tymczasem każdy udał się do sypialni na spoczynek.

***
Maryse siedziała sparaliżowana powagą Logana. Czarodziej usiadł naprzeciw jej i skrzyżowała ręce. To był znak, gdy miał do przekazania złą wiadomość.
- Żyłem wśród przyziemnych przed długi czas. – zaczął – A niektórzy z nim są bardzo otwarcie. Zwłaszcza, dzięki alkoholu.- spojrzał na nią – I dowiedziałem się paru informacji.
Maryse przymknęła oczy i zaczęła pocierać swoje ręce.
- Złych wiadomości. – wyszeptała – Pamiętam twoje tiki nerwowe, Logan . –spojrzała na niego – Czego się dowiedziałeś? Czy to związane z Jonathanem?
Jego ruchy nerwowe na dźwięk tego imienia zaostrzyły się. Wiedziałam, że coś jest nie tak i bałam się usłyszeć, skoro takie wrażenie zrobiło na czarodzieju. Wziął głęboki oddech i wstał. Zaczął chodzić od jednej ściany do drugiej, a ja jeszcze bardziej się denerwowałam. Czekałam niespokojnie, gdy w końcu mi powie.
- Przymierza nie wytrwają. – oznajmił – Sebastian złożył propozycję wschodniej sforze propozycje, a informacja rozchodzi się bardzo szybko. Obiecał im, że nie ucierpią podczas bitwy, że gdy zostanie władcą, a jest blisko do tego, zrobi co zechcą. Szuka sprzymierzeńców, Maryse. – spojrzał na nią – Oni się go boją i są zdesperowani. Chcą przeżyć.
- To nic nie da. – powiedziała spokojnie Maryse – I tak ich później zabije.
Logan podszedł do Maryse i chwycił ją za ręce.
- Ogłosił, że jeśli likantropy nie zerwą przymierza to on będzie zabijał każdego po kolei, rozumiesz? – spytał –  Nie mają za dużego wyboru, Maryse.
Teraz zrozumiała, co Sebastian zrobił i jaką decyzję podejmie sfora.

6 komentarzy:

  1. Świetny rozdział!!
    Cały czas utrzymujesz to niesamowite napięcie i powoli rozwijasz akcję!
    Czekam z niecierpliwością żeby poznać jakie zakończenie wymyśliłaś ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczęka mi opadła.Każdy rozdział jest przemyślany od początku do końca.Życzę weny ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie Mia świetnie rozkręcaj się dalej. Powodzonka w wenie twórczej

    OdpowiedzUsuń
  4. Genialny, tak jak zawsze. Czekam na następny i życzę weny :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny rozdział :D Czekam na dalsze ;) Mam małą uwagę odnośnie narracji. Mylisz trzecioosobową z pierwszoosobową ;) Taki mały minusik, ale ogólnie jest genialne. Życzę weny :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie no nie wierze. Chciałabym mieć taki talent jak ty ! <3
    Kocham twoje opowiadanie !

    OdpowiedzUsuń