niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział 29

Wyszłam z sali szybciej niż Lightwood’owie i kierowałam się w stronę domu Amatis. Mój brat, ojciec Jace’a znowu zniszczył kolejne instytuty, kolejne rodziny. Jego armia się powiększa, dzięki czemu staje się silniejszy. Muszę go zabić, zanim stanie się coś gorszego. Zanim zabije moich najbliższych! Rozmyślając o bracie, usłyszałam za sobą swoje imię. Obróciłam się i zobaczyła starszą kobietę. Miała na sobie normalne ciuchy, ale na jej rękach ciągły się runy. Wyglądała niewinnie, ale musiała być bardzo dobrą nocna łowczynią.
- Wołała mnie pani? – zapytałam.
Nic nie odpowiedziała, tylko przyglądał mi się. Zaczęłam się bać, że przysłał ją mój brat, co było bardzo możliwe. On jest do wszystkiego zdolny. Powoli podeszłam do niej, a ona w ogóle się nie ruszyła.
- Przysłał panią po mnie? – zapytałam groźnie.
Spojrzała na mnie, obróciła się i poszła w kierunku najbliższych drzwi. Usłyszałam jeszcze cichy szept za mną „ chodź”. Nie wiem dlaczego, ale jak kobieta zniknęła za drzwiami, ruszyłam za nią. Napisz na drzwiach przedstawiał „ zbrojownia”. Sklep z bronią. Mój brat jak widać ma świetne miejsce na spotkania. Wyciągnęłam stary sztylet z pochwy i weszłam do środka.

***
Jace zaczął rozglądać się w poszukiwaniu dziewczyny, lecz nigdzie jej nie było. Podbiegł do Isabelle, Alec’a i Magnusa.
- Widzieliście Clary? – zapytał.
Magnus w ogóle nie poruszony, obejrzał się za siebie, Alec zdziwiony, a Isabelle lekko przestraszona.
- Ostatnio widziałam jak wychodziła. – wskazała na drzwi wyjściowe – jakieś dziesięć minut temu.
- Dzięki. – uśmiechnął się.
Obrócił się wpadł na mężczyznę.
- Przepraszam. – wydusił.
Spojrzał na niego i zobaczył mężczyznę, w staroświeckim stroju. Miał pelerynę jak jakiś wampir z kiepskich filmów, a pod spodem coś co przypominało strój bojowy. Gdy zobaczył jego twarz, dostrzegł całe białe oczy. Zrozumiał, że wpadł na czarownika.
- Jonathan Herondale jak mniemam? – zapytał spokojnie.
Jace odskoczył od niego. Skąd wiedział, kim on jest? Naprzeciw wyszedł Magnus.
- zgubiłeś się, Logan? – skomentował Magnus – To straszne, ale idioci stoją tam. – wskazał na Konsula.
Alec wybuchnął śmiechem, ale widząc poważne miny innych od razu ucichł. Isabelle chwyciła Jace i pokazała na drzwi wyjściowe. Spojrzał na nią i wyczytał z jej ust znajome mu imię. Po chwili już go nie było. Czarodzie
- Logan?
Czarodziej obrócił się i spojrzał na kobietę bez żadnych emocji.
- Witaj, Maryse. – uśmiechnął się- Nic się nie zmieniłaś.

***
 Budynek w środku był zniszczony. Kobieta zniknęła za ladą, zostawiając mnie samą w sklepie. Podeszłam do przeciwległej ściany. Wisiały na niej przeróżne bronie. Poczynając od mieczy, kusz, kończąc na sztyletach i łukach. Na dole w gablocie znajdowały się małe buteleczki, z kolorowym płynem. Zauważyłam takie samo naczynie z pewnością z tą samą zawartością, który wypiła moja mama broniąc się przed Valentine’em. W pomieszczeniu było ciemno, co powodowało lekki strach we mnie. Jedyne światło jakie miałam to miecz, który trzymałam. Usłyszałam chrząknięcie za sobą. Starsza kobieta stała z wielkim koszykiem. Położyła go na ladę i dała mi znać, abym do niej podeszła. Zaczęłam kierować się w jej stronę z wyciągniętym mieczem.
- Nie zachowuj się jak Valentine. – skomentowała.
Zignorowałam uwagę kobiety i zerknęłam do koszyka. Znajdowały się tam liczne bronię. Zauważyłam miecz ze znakiem Morgenstrernów, ale również inne.
- Nie rozumiem. – zaczęłam wyciągając miecz mojej rodziny.
Kobieta popatrzyła na mnie i się lekko uśmiechnęła.
- Jesteś taka podobna do matki. – wskazała na miecz – Należał do niej i powinien należeć do Ciebie.
Obróciłam miecz w ręce, a on rozświecił się. Pierwszy raz broń reaguje tak, a przynajmniej ja pierwszy raz to widzę. Zawsze wymawiało się imię, a tutaj…
- Nie powinnam …  popatrzałam na niego i odłożyłam – Nie mogę go zabrać.
Kobieta wyszła za lady, wzięła go rąk i patrząc się raz na niego, raz na mnie zaczęła mówić.
- Twoja matka walczyła nim podczas powstania. – odetchnęła – Wygrała. Wygrała z Valentinem.- utkwiła wzrok we mnie – Teraz twoja kolej, aby wygrać wojnę z bratem. – podała mi.
Wzięłam go nie chętnie. Zamknęłam oczy i włożyłam go do pochwy. Moje ręce dalej spoczywały na rękojeści broni.
- Dziękuję. – podeszłam znowu do koszyka – A po co ta reszta? – pokazałam na pozostałości.
Uśmiechnęła się.
- Zabicie Sebastiana nie załatwi sprawy. Nie da się go zabić, ponieważ jest chroniony, przez Stephen. Najpierw musi zginąć czarodziej. – pokazała sztylet i miecz Herondale’ów. – I zginie z ręki syna i rodzinnego miecza. – Podała jej – Przekaż Jace’owi broń oraz informacje.
Poszła na zaplecze, a drzwi sklepu otwarły się z hukiem. W nich stanął Jace.
- Nic ci nie jest? – poskoczył do niej i objął – Co ty tutaj robisz?

Wywinęłam się z ucisku i podałam mu miecz ze sztyletem i wskazałam na swoja broń. Jace był zdziwiony. Otworzył usta, lecz przyłożyłam palec do jego ust, na znak, aby nic nie mówił. Wzięłam go za rękę i wyprowadziłam z budynku. Gdy mnie odprowadzał do domu Amatis, opowiedziałam mu co wydarzyło się od czasu, gdy opuściłam Gard.

3 komentarze:

  1. Świetne, z taką łatwością łączysz prawdziwą Cassandrę z własną pomysłowością. Podziwiam. miodzio...

    OdpowiedzUsuń
  2. Super. Kocham. Normalnie uzależniłam się .
    Ps. Wiem, że to pisałam, ale zapraszam http://opowiada-nia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń